sobota, 6 marca 2010

bombajskie zakonczenie

wczoraj nad ranem zajechalysmy do Bombaju, podroz minela bez wiekszych komplikacji, usilowalysmy spac, ale o 3 nad ranem jakims ludziom zachcialo sie glosno gadac, co mocno nas wkurzylo, wiec raczej nie za bardzo sie wyspalysmy; mimo to po zameldowaniu w dosc obskurnym hotelu Travellers Inn, postanowilysmy ruszyc na miasto w celu sniadaniowym, a nastepnie krajoznawczym:) ogolnie Bombaj jest miastem duzo bardziej przyjaznym (przynajmniej jak dla mnie) niz pozostale, ktore odwiedzilysmy w Indiach, kierowcy troche rzadziej uzywaja klaksonow, ale nadal zawsze maja pierwszenstwo przed pieszymi, jest duzo czysciej, gdzieniegdzie pojawiaja sie nawet smietniki, a smieci z chodnikow sa usuwane, jest mniej krow walesajacych sie pod nogami, ludzi jest ponad czterokrotnie wiecej niz w Delhi, wiec z tym kiepsko, ale sa troche mniej natarczywi, mniej jest tez zebrakow (przynajmniej w centrum), nie ma riksz (moze i sa gdzies, ale w centrumie sie z nimi nie spotkalysmy), a autobusy sa bardziej przyjazne turystom, w Delhi balysmy sie wsiasc, bo byly zbyt zatloczone, a tu nawet mozna usiasc i jest calkiem milo, odleglosci sa mniejsze, wiec da rade cos pozwiedzac, a ponadto niekiedy mozna poczuc sie troche jak w Londynie, architektura jest brytyjska, sa tez czerone autobusy (niektore nawet pietrowe) i ciemne taksowki (jakies stare, klimatyczne fiaty)...
dzisiaj poplynelysmy statkiem na wyspe Elephanta (godzinny rejs), zeby zobaczyc znajdujace sie tam ruiny swiatyn hinduistycznych ukrytych w skalach, ktore sa wpisane na liste UNESCO, ale nie powiem, zeby zrobily one na nas jakies szczegolne wrazenie, choc wycieczka byla fajna...
niedlugo zbieramy sie juz do wyjazdu, na lotnisko jedziemy pociagiem, a potem przesiadamy sie w taksowke albo riksze (jesli takowa spotkamy), a o 1.30 w nocy mamy juz lot:) najpierw do Zurichu, a potem do Warszawy (tylko godzina na przesiadke, mam nadzieje ze sie wyrobimy:) o 9.15 mamy byc w Warszawie, komitet powitalny mile widziany;)
ciesze sie, ze juz wracam, Bombaj jest fajny, ale jakies dziwne problemy zoladkowe trafily wiekszosc z nas na zakonczenie, co prawda niewielkie, ale mamy juz dosc i kazda marzy o normalnym polskim jedzeniu:) a w dzielnicy, w ktorej mieszkalysmy tak smierdzi jedzeniem indyjskim na ulicach, ze jak tu chodze to mi sie niedobrze robi, na serio jest to niekiedy meczace, szczegolnie wtedy kiedy z zaladkiem nie wszystko w porzadku...
no to w takim razie do zobaczenia juz niedlugo!

środa, 3 marca 2010

Old Goa i autobusy

Old Goa okazala sie nie byc taka rewelacja jakiej sie spodziewalam, jest to male miasteczko, w ktorym znajduje sie kilkanascie kosciolow katolickich (takich raczej typowo europejskich - pozostalosc po portugalskiej kolonizacji) ladnych z zewnatrz, ale niezbyt ciekawych w srodku, obejrzalysmy dzis kilka, bo na wszystkie nie mialysmy sily, upal nas wymeczyl, ciezko sie zwiedza jak jest tak goraco... za to zaliczylysmy podroz autobusami z dwoma przesiadkami, czyli lacznie w dwie strony 6 autobusow:) ale ogolnie to smieszna opcja z nimi jest, sa bardzo czesto, wiec praktycznie ani razu nie musialysmy czekac, zwykle sa przepelnione, ale raczej udawalo nam sie zalapac na wolne miejsca siedzace, w kazdym autobusie jest kierowca i koles, ktory zajmuje sie zbieraniem kasy za przejazd, on tez krzyczy nazwe destynacji (jak wracalysmy w niedziele z kosciola to chyba ze sto razy uslyszalysmy nazwe Culva, Culva, Culva), zeby zwolac jak najwiecej osob, w jednym przypadku chyba ze 4 takich kolesi krzyczalo do nas, zebysmy wybraly ich autobus, czulysmy sie co najmniej dziwnie w calej tej sytuacji... calkiem przyjemnie jezdzi sie autobusami, wszystkie okna sa pootwierane, wiec nawet nie jest jakos bardzo goraco, a przy okazji mozna podziwiac widoki:) ten koles od biletow zajmuje sie tez otwieraniem i zamykaniem drzwi jak ktos chce wejsc albo wyjsc oraz gwizdze do kierowcy przekazujac mu w ten sposob czy ma jechac czy stac, fajny sposob komunikowania:)
a poza tym coraz bardziej denerwuja mnie uliczni sprzedawcy, mam juz dosc stwierdzenia 'I give you good price, madam', oni nie sa w stanie zrozumiec, ze jak nie potrzebuje np. malego bebenka albo spodni czy naszyjnika, to nawet za 'good price' tego nie kupie, ciagle cos proponuja, masakra jakas z tymi straganami, a tutaj w Anjunie dodatkowo mozna uslyszec szepty: marihuana...? heroine...? to jest taka wioska z roznymi dziwnymi osobistosciami, turystami pijacymi, palacymi, cpajacymi... no i jest cala masa Rosjan, wiec czesc ulicznych sprzedawcow zwraca sie do nas po rosyjsku, myslac ze my tez Rosjanki ('takie podobne')...
no a jutro jedziemy juz do Bombaju, pociag mamy o 19, ale stad wyruszamy okolo 16 (2 autobusy, jedna przesiadka), chcemy byc wczesniej, zeby na pewno zdazyc i jeszcze cos zjesc przed podroza, znow pociag nocny, ale na szczescie to tylko 11 godzin:)

wtorek, 2 marca 2010

goraco...

jednak znowu sie rozdzielilysmy, a to dlatego, ze w pokoju nad nami byla w nocy impreza, wiec nie moglysmy spac, no i zrezygnowalysmy z porannego wyjazdu do Old Goa, Ola z Elodie pojechaly, a my jedziemy jutro, dzisiaj przenioslysmy sie tez do tego pokoju na gorze, bo zwolnil sie i jest ladniejszy, jasniejszy i materace nie sa az tak bardzo twarde:)
po sniadaniu wybralysmy sie na plaze, zeby sie troche ochlodzic, bo tu jest tak starsznie goraco, ze czasami nie da sie wytrzymac, wykapalysmy sie, a potem poszlam z Sylwia na penetracje plazy i dalszych terenow, doszlysmy do takiego miejsca, gdzie byly super skaly, nikt juz tam nie chodzi, ale bylo fajowo, byly tylko takie panie, ktore stukaly w jakies zyjatka ukryte w skalach i je wydlubywaly, zeby potem zjesc, ktos wie co to jest? ja od wczoraj chodzilam z zamiarem zdobycia pagorka, ktory znajdowal sie po lewej stronie od plazy (zadna z dziewczyn nie chciala mi towarzyszyc:/), no i dzis sie udalo, chwilami zalowalam, ze nie mam zakrtych butow tylko sandaly, ale ostatecznie zdobylam szczyt:D i to bez zadnych obrazen;) mialam swietne widoki i udane wedrowanie w samotnosci:) chyba kazda z nas potrzebuje juz czasem takich chwil w odosobnieniu...
potem poszlysmy z Sylwia i Bry na kawe frape, ktora okazala sie byc zimnym mlekiem z odrobina kawy i duza iloscia cukru, srednio mi podpasowala, ale przynajmniej knajpka byla mila z fajnym widokiem na morze i zachodzace slonce:)
no a wieczorem spotkalysmy sie wszystkie, zeby cos zjesc, gralysmy tez w bilard, nadal kiepsko nam idzie, ale usilnie probujemy zrobic postepy:)
dzisiaj jeszcze po raz pierwszy spotkalam sie z moimi ulubionymi mentosami pakowanymi pojedynczo, w Indiach maja mini wersje wszystkich produktow, ktorych w Polsce nigdy nie widzialam, popularna jest np. woda pakowana w takie male kubeczki...
dowiedzialam sie tez, ze krowy jedza skorki od bananow, one tu chyba wszystko sa w stanie zjesc, rzucilysmy takiej jednej krowce takowe skorki, zeby sie od nas odczepila i zjadla ze smakiem:)

poniedziałek, 1 marca 2010

w dniu Holi

caly czas smarujemy sie jeszcze kremem po opalaniu, bo kazda z nas troche podpiekla sobie skore, jakos nie przyszlo nam do glowy, ze slonce niedaleko rownika inaczej dziala niz to w okolicach Europy, od naszego pierwszego dnia na plazy raczej unikamy zwiekszonego kontaktu ze sloncem...
sporo sie wydarzylo od mojej ostatniej notki, tamtego wieczoru po powrocie do naszej miejscowki na plazy zjadlysmy cos i poszlysmy kilka metrow dalej na koncert (rock w wersji indyjskiej:), klimatycznie bylo, calkiem fajna muzyka grali, niektore nawet znane nam kawalki, towarzyszyly temu tez swietne fajerwerki tuz za scena, jedne z lepszych jakie mialam okazje zobaczyc w zyciu, po koncercie zaliczylysmy jeszcze kapiel nago w morzu, po zmroku oczywiscie:P bylo cudnie...
nastepnego dnia nie robilysmy praktycznie nic, lenilysmy sie, odpoczywalysmy od slonca, leczylysmy skore... wybralysmy sie do informacji turystycznej, zeby dowiedziec sie paru rzeczy, ale oczywiscie sie nie udalo, bo kobitki tam pracujace nie byly zbyt kumate, mialysmy jechac po bilety do miejscowosci gdzie jest dworzec, ale zrobilo sie za pozno i z tego tez nic nie wyszlo, za to wieczorem gralysmy z kolesiami pracujacymi w knajpie przy naszych chatkach w bilard:) kiepsko nam to szlo, ale coz, moze kiedys sie nauczymy...
natomiast wczoraj musialysmy wczesnie wstac bo umowilysmy sie z taksowkarzem Charliem, ze zabierze nas na wycieczke:) pokazal nam jakies dwie hinduskie swiatynie, potem zaliczylysmy krotkie przejazdzki na sloniach (bardzo mi sie podobalo, bo tak przyjemnie sie czlowiek buja na ogromniastym sloniu:) a nastepnie wizyte w plantacji przypraw, mialysmy tam okazje dowiedziec sie jak wygladaja krzaczki i drzewa, na ktorych rosna okreslone przyprawy, a takze poznac ich zastosowanie (za duzo juz nie pamietam, ale ciekawe to bylo:) po tym byl lunch (a dla nas sniadanie) wliczony w cene zwiedzania, najadlam sie na caly dzien, pyszne indysjkie jedzenie, nawet nie za bardzo ostre, po powrocie na 'nasza' plaze wypilsmy kawowe szejki i pobieglysmy do wody:) potem zabralysmy bagaze, bo musialysmy zmienic miejscowke na tansza w tej samej miejscowosci (fundusze sie koncza;), a na po poludniu wybralam sie z Ola i Bry autobusem do Margao na msze, fajnie bylo, mimo ze prawie nic nie rozumialysmy, podobalo mi sie to, ze wszyscy spiewali i byl klimat ('jak na polskim weselu' - Bry, calkiem miala racje, bo melodie tych piesni jakies takie skoczne byly:)
wieczorem gralysmy jeszcze w bilard w knajpie naszej plazowej:) bo mimo, ze sie stamtad wymeldowalysmy to koles zaprosil nas na wieczor, bo wlasnie byl taki kelner, ktory sie z nami zakumplowal, mial imie zblizone w brzmieniu do 'szynka', wiec tak go miedzy soba nazywamy:) fajnie miec jakas taka blizsza osoba w obcym miejscu, pomagal nam w organizacji roznych rzeczy, ciekawie sie z nim gadalo o kwestiach indyjskich i ogolnie jego obecnosc sprawila, ze poczylysmy sie tam w Blue Corner (nazwa miejscowki z bambusowymi chatkami) troche bardziej jak w domu:) tym bardziej dziwnie nam bylo opuszczac to miejsce i tym milej przyjsc znow wieczorem na kolacje i bilard:) potem sie pozegnalysmy z szynka i dzis juz opuscilysmy tamta wioske...
teraz jestesmy w Anjunie, aby tu dojechac wzielysmy taxi (tu czesto bierze sie taksowke nawet na dalekie odleglosci, bo ciezko dostac sie gdzies autobusami - za duzo przesiadek), mily koles zawiozl nas najpierw na stacje i godzine czekal, az zakupimy bilety na pociag do Mumbaju, a potem do Anjuny, tu mialysmy zarezerwowane miejsce (przez znajomego tego Vickiego, ktory zalatwil nam przejazdzke na wielbladzie jeszcze w Delhi), ktore nie podobalo sie Elodie i Oli, nam tez nie bardzo, ale da sie przezyc... wiec po raz pierwszy sie rozdzielilysmy, ale spotkalysmy na plazy, a potem wieczorem, wiec spoko - kontakt mamy:) jutro razem jedziemy do Old Goa na zwiedzanie miejscowosci z portugalska architektura...
a dzisiaj w polnocnych Indiach i na Goa odbywalo sie swieto o nazwie Holi, ktore przypomina troche nasz Smingus Dyngus, z ta roznica, ze tu wszyscy obsypuja sie kolorowymi pudrami, a nie oblewaja woda, wiec my tez postanowlismy przejsc sie ulica i zalapalysmy sie na atak, po ktorym wygladalysmy cudnie, ale troche ciezko bylo sie domyc:) postanowilysmy umyc sie w morzu, troche sie udalo, ale ogolnie tu nie ma takiej ladnej plazy jak w Benaulim, prawie cala jest kamienista, z trudem znalazlysmy miejsce, w ktorym bylo piaszczyste dno, a nie kamienie...

piątek, 26 lutego 2010

w koncu na Goa

cala 31-godzinna podroz pociagiem minela calkiem przyjemnie i zakonczyla sie wczoraj okolo 19.20, odwalac zaczelo mi dopiero na 4h przed koncem, wiec spoko:) dziewczynom udawalo sie spac, a mi oczywiscie nie, ale to juz taki szczegol, sluchalysmy muzyki, czytalysmy, gadalysmy, bawilysmy sie, z glodu nie umarlysmy, ciagle donosili jakies jedzenie, co chwila z ust 'kelnerow' przechadzajacych sie po korytarzu slychac bylo: czai? kofi? poza tym mozna bylo zamowic sniadanie, lunch i obiad, nam w sumie wystarczyl wieczorny ryz z warzywami (srednio dobry) i cos na sniadanie, drugiego dnia wzielysmy na deser takie dobre slodkie banany zapieczone w ciescie; na kazdej stacji wchodzili tez ludzie z roznorakimi dobrami: zimnymi napojami, jakimis owocami (kupilysmy od milej pani takie male, ale super slodkie banany:), ponadto sprzedawali tez jakies pierdolki jak zabawki, tandetna bizuterie, latarki, plyty z muzyka itp., z tej oferty juz jednak nie skorzystalysmy:)
z dworca w miescie Margao wzielysmy taksowke do oddalonej o 4km miejscowosci turystycznej Benaulim, gdzie mialysmy zarezerwowana miejscowke, okazalo sie ze sa to bardzo fajne domki z bambusa:) umiejscowione na plazy okolo 30 metrow od brzegu Morza Arabskiego, drozej niz myslalysmy, ale postanowilysmy zostac, bo bylo juz za pozno na szukanie czegos lepszego, poza tym bylysmy zachwycone, po przyjezdzie zjadlysmy pyszny obiad, a wlasciwie kolacje (przy naszych chatkach jest tez knajpa na plazy) i wybralysmy sie jeszcze na krotki nocny spacer:) spalo mi sie bardzo dobrze, swietne uczucie usypiac slyszac uderzanie fal o brzeg, a nie trabienie samochodow i riksz... co za odmiana i ulga:)
rano wstalysmy o 8, bo o 8.30 bylysmy umowione na podgladanie delfinow, to taka tutejsza atrakcja, zabralo nas na motorowke dwoch kolesi, widzialysmy delfiny ale niestety nie w calej okazalosci, skakac nie chcialy, wiec mozna bylo zobaczyc tylko ich wynurzajace sie grzbiety:) potem zjadlysmy sniadanie i poszlysmy wylegiwac sie na plazy, ja oczywiscie od razu pobieglam do morza, bo woda to moj zywiol, a tu jest taka ciepla, ze szok, nigdy wczesniej nie kompalam sie w tak cieplej wodzie w naturalnym zbiorniku, sa duuze fale, wiec mozna skakac, cudnie:) przeszlysmy sie tez brzegiem, co zakonczylo sie kiepsko, bo troche za mocno sie opalilysmy, mimo uzywania kremow, ja mam okropnie rozowa twarz, a smaruje sie ciagle filtrem:/ zdecydowalysmy sie tez na krotki lot z jakims dziwnym skrzydlem w dwojkach (a wlasciwie w trojkach, bo lecial tez z nami jakis chlopak, ktory to obslugiwal) za motorowka:) w planie byl tez element zanurzenia w wodzie, bylo bardzo fajnie, ale w mojej turze bylo duzo mniejsze zanurzenie, co bardzo mnie rozczarowalo, fajne widoczki z gory, ale trwalo to zaledwie 2-3 minuty, wiec troche za krotko...
jeszcze nie wiemy co dzialamy dalej, trudno podjac decyzje jak kazdy ma jakies swoje preferencje, jedyne co wiem na pewno to to, ze dzis jeszcze spimy w chatkach z bambusa, a jutro lenimy sie na plazy, albo gdzies wybywamy, mam nadzieje, ze wygra ta druga opcja, choc znajac moje wspoltowarzyszki to pewnie ta pierwsza...

wtorek, 23 lutego 2010

'be positive'

oto motto dzisiejszego dnia:) uslyszalysmy to chyba z milion razy siedzac 2 godziny z przerwami w sklepie vodafon'u, 2 dni temu zakupilysmy karte sim z nowym numerem, ktory do tej pory nie dziala, no i nikt chyba nie jest w stanie wplynac na to, zeby byl aktywny, moze jutro zacznie dzialac - be positive! a poza tym po raz kolejny okazalysmy sie najwieksza atrakcja turystyczna, tym razem w czerwonym forcie, nadal kazdy chce sobie z nami robic zdjecia, wiec Bry poszla w ich slady odpowiadajac '50 rupies':D no bo tu kazdy chce Ci wcisnac cos co jest bardzo tanie, ale nam totalnie niepotrzebne i idac ulica ciagle slyszysz 20, 30 rupies za jakis totalny bzdet, no i my od dzis pozujemy tez tylko za rupie:) czerwony fort bez rewelacji, ale przynajmniej bylo cicho, spokojnie i bez trabiacych pojazdow, ogolnie jakos w Agrze bardziej mi sie podoba niz w tych pozostalych miastach, rikszarze jezdza wolniej i jakos da sie przejsc przez ulice:)
zrobilysmy sobie dzisiaj dzien amerykanski - poszlysmy do pizza hut, a potem do costa caffee:) tutaj w normalnych knajpach nie ma dobrej kawy, a mialam ogromna ochote na taka pyszna z ekspresu, no i udalo sie w koncu, raz na miesiac mozna sobie pozwolic na taki luksus:) bo takie globalne restauracje sa tu duzo drozsze niz indyjskie...
jutro czeka nas dluuga podroz pociagiem i za bardzo nie wiemy jak sie do niej przygotowac, bo tu nie ma normalnych superkmarketow, nie mozemy kupic pieczywa, wiec nie wiem co bedziemy jesc w trakcie podrozy, trzeba bedzie chyba przezyc na ciastkach, chyba ze uda sie znalezc banany... Marta juz zarezerwowala chatke na plazy na pierwsza noc po przyjezdzie, wiec mam nadzieje, ze tym razem obejdzie sie bez problemow:)

poniedziałek, 22 lutego 2010

fotkowe szalenstwo

nie wiem czy uda mi sie polubic Indie, tutaj nic nie da sie normalnie zalatwic, trzeba miec kontakty i kupe czasu na kazda blahostke, to jest strasznie denerwujace, to tylko taki wstep, rozwiniecia nie bedzie...
dzisiaj rano zajechalysmy do Agry, miasta nieodlacznie kojarzonego z symbolem Indii Taj Mahal, po drodze bylo pare problemow, ale nie chce mi sie juz o tym pisac, w kazdym razie wybralysmy sie w koncu na zwiedzanie mauzoleum, a tam istne szalenstwo, owszem budowla budzi podziw i nie mozna zaprzeczyc, ze jest piekna, ale wkurzajace jest to ze jedynym celem odwiedzania takich miejsc wydaje sie byc cykanie tysiaca fotek (a w necie i tak mozna znalezc lepsze, zrobione przez profesjonalnych fotografow), mi po kilku juz sie odechcialo, ale przed zachodem slonca jakis koles zaczal mi pokazywac punkty, w ktorym trzeba stanac zeby zrobic najlepsze ujecia, wiec zdjec przybylo, kazda z nas zrobila ich mnostwo, ale i tak mniej niz reszta ludzi dookola (ktorzy uwielbiaja ujecia, na ktorych udaja ze dotykaja czubka Taj'a), potem nam jeszcze odwalilo i zaczelysmy widziwiac, skakac, zeby zaslonic troche Taj'a i urozmaicic zdjecia, postanowilam tez umiescic na pierwszym planie jednej fotki smietnik, ogolnie bylo uroczo:) do calego tego szalenstwa trzeba jeszcze dodac dziwne zachowalnie tubylcow, dla ktorych bylysmy chyba wieksza atrakcja niz ich przyjaciel Taj i chcieli robic sobie z nami mnostwo zdjec, po kilku takich sesjach juz mialysmy kompletnie dosc i zaczelysmy ich przepedzac jak tylko sie dalo... ogolnie caly ten Taj Mahal na serio ladnie sie prezentuje, ale nie czaje czemu sciagaja za jego odwiedzenie az 750 rupii, podczas gdy inne atrakcje nie sa drozsze niz 250:/
jutro tez siedzimy w Agrze, bo nie udalo nam sie zabukowac na jutro biletu na dalsza podroz, dopiero pojutrze rano wyjezdzamy na poludnie (jakies 2h zajelo nam zarezerwowanie 6 lezacych miejsc potwierdzonych na 30-godzinna podroz)
z Jodhpur'u do Jaipur'u mialysmy kiepska podroz, bo dostalysmy po jednym miejscu lezacym na dwie osoby, wiec za bardzo spac sie nie dalo, poza tym bylo mnostwo ludzi, wiec niezbyt przyjemnie pachnialo, w samym Jaipurze tez nic ciekawego sie nie zdarzylo, jakis kiepski ogolnie ten dzien i miasto tez nie za bardzo interesujace, tyle ze dla odmiany nazywane jest 'rozowym miastem', chociaz jak dla mnie to ono bardziej pomaranczowe jest, ale to juz ich sprawa jak nazywaja swoje miasta:) ale przynajmniej fajny hotel udalo nam sie znalezc, rowniez z knajpa na dachu:) (z perspektywy dachu na chwile sie zapomina o 'urokach' miast Indii i mozna sie poczuc jak we Wloszech albo Grecji:)
a z ciekawych obrazkow - widzialam dzis krowe wkladajaca glowe do takiej otwartej z jednej strony kawiarenki internetowej:) i indyjska rodzinke w centrum handlowym bojaca sie wejsc na schody ruchome:)

piątek, 19 lutego 2010

w Jodhpurze

dzis bedzie krotko bo usypiam nad klawiatura po ostatniej nocy spedzonej w pociagu, nie udalo mi sie zasnac, jak to zwykle ze mna bywa w ciezkich warunkach, mielismy wczoraj rano wyjechac z Delhi, ale nie bylo juz miejsc w pociagu, wiec zostalysmy zmuszone wybrac pociag nocny, calkiem wygodnie bylo, ale zdecydowanie za glosno, a potem tez troche za zimno, zeby normalnie spac, a pociag byl chyba z 5 razy dluzszy niz nasze pociagi, nie moglysmy znalezc naszego przedzialu, a pociag wrecz sie nie konczyl... po 12-godzinnej podrozy wyladowalysmy w Jodhpurze, szybko znalazlysmy wybrany wczesniej na nocleg dom z pokojami goscinnymi (prowadzi bardzo mila rodzinka, wiec bardzo tu sympatycznie, ciesze sie, ze udalo sie nam znalezc tak przyjazne miejsce, a do tego bez karaluchow i z ciepla woda:), gdzie postanowilysmy 3 godziny odpoczac przed wyruszeniem na miasto, z dachu domu, gdzie znajduje sie restauracja (prowadzona przez rodzinke), rozciaga sie wspanialy widok na okolice, wiekszosc domkow jest niebieskich i dlatego Jodhpur nazywany jest 'blue city', a nad calym miastem goruje potezny fort:) po odpoczynku postanowilysmy udac sie na miasto, zeby zjesc pozne sniadanie, szukanie knajpy wybranej przez Marte zajelo nam 2 godziny, wiec spoznilysmy sie na zwiedzanie fortu, z tego wzgledu musimy jutro pojechac do niego jeszcze raz, wieczorem mamy natomiast pociag do Jaipur'u gdzie zostajemy tylko na jeden dzien i pol nocy:) gdyby nie udalo mi sie pozniej napisac to informuje, ze nad ranem dnia kolejnego wyruszamy do Agry...
myslalysmy, ze jako ze Jodhpur jest miastem duzo mniejszym od Delhi, bedzie tu ciszej i spokojniej, ale to chyba w Indiach jest niemozliwe, tu rowniez jest glosno, tloczno i biednie, a na drogach panuja te same zasady co w Delhi, z tym ze sa one duzo wezsze, ledwo moga tu sie minac 2 riksze z motorkiem (ktore nazywa sie 'oto'), podczas gdy w Delhi w jedna strone bylo z 5 albo 6 pasow, tutaj jest tak ciasno, ze samochody sie nie pchaja, widzialam ich tutaj moze ze 3, za to rikszy i rowerow jest na peczki... jest mnostwo krow walesajacych sie wszedzie (przez to tez mnostwo gowien na drogach), jedna nawet probowala ugryzc Elodie:/ widzialysmy tez ze 3 wielblady:)
a jak juz o camelach mowa, to mialam wczoraj zaszczyt jeszcze w Delhi odbyc przejazdzke na jednym z nich:D a to dzieki jednemu kolesiowi, ktory nam duzo tam pomagal - czekajac na jedzenie od mamy Ajay'a, ktore chciala nam wcisnac na droge, zobaczylismy wielblada na sasiedniej ulicy, wiec ten Vicky, gdy tylko spostrzegl, ze chcialybysmy sie przejechac, pobiegl i wrocil z wielbladem:D przejazdzka byla krotka (bo spieszylysmy sie na pociag) ale fajowa, szczegolnie wstawanie i siadanie wielblada, on jest taki wysoki, ze to na serio jest cos:)
jednak wyszlo dluzej niz myslalam:) wiec juz ostatnie slowo - tu jest tak goraco, chyba wroce opalona:)

środa, 17 lutego 2010

weselne wspomnienia

wczoraj bylo wesele, powod calego zamieszania zwiazanego z wyjazdem do Indii, musze przyznac, ze mocno mnie ono rozczarowalo, myslalam, ze to na serio bedzie COS, a okazalo sie byc impreza duzo mniej fajna niz pozostale przedweselne ceremonie, nie bylo nawet muzyki i tancow, tylko na poczatku (po 2 godzinach jazdy w korku do miejsca gdzie odbywaja sie wesela - tego dnia w samym Delhi bylo okolo 30 tys. wesel, bo to jakis szczegolny dzien dla nich byl) byl taki jakby mini orszak, pan mlody szedl na koniu a my podrygiwalismy obok niego w rytm muzyki wygrywanej na bebnach, a potem jak dotarlismy do inchniejszego domu weselnego, czyli takiego ogrodu otoczonego konstrukcja przypominajaca palac, zabawa sie skonczyla, a zaczely ceregiele zwiazane z oczekiwaniem na panne mloda, ktorej do tej pory nie wiedzielismy, cykaniem pozowanych fotek, skladaniem zyczen oraz kwestaimi reigijnymi, byl tez taki podest, ktory sie krecil - panstwo mlodzi stali razem i szczerzyli sie do zdjec, a z armatek wystrzeliwaly ususzone kwiatki, taka sciema, zalamalam sie tym troche, taki jakby przerost formy nad trescia, w miedzycasie goscie jedli, pili i zamarzali, wiecie jak ciezko jest wytrzymac w nocy w samym sari na wolnym powietrzu? myslalam, ze chociaz bedziemy tanczyc i to nas rozgrzeje, ale niestety tak sie nie stalo, masakra, potem zalozylysmy bluzy i wygladalysmy obciachowo... dwie wczesniejsze imprezki na serio byly fajne, mozna bylo dobrze sie bawic, a na weselu niestety nie, wczoraj rano byla jeszcze taka ceremonia w domu Ajay'a z jakims tam ich ksiedzem, kazdy np. wmasowywal jakis tluszcz we wlosy pana mlodego oraz dostawal blogoslawienstwo w postaci czerwonej plamki na czole i wstazeczki na reke od tego ich duchownego, byly modliwtwy, spiewy, a na koniec zdzieranie ciuchow i smarowanie Ajay'a jakas dziwna zolta masa, smiesznie po tym wszystkim wygladal:)
bardzo fajne jest to, ze tu kobiety slicznie wygladaja w swoich tradycyjnych strojach - sari, suitach (spodnie i tunika) albo lengach (dluga spodnica i krotka bluzka), nosza je nie tylo od swieta, ale tez w normalne dni, a niektorzy faceci nawet na wesele zjawili sie w jeansach; poza tym przed weselem kobiety udaja sie do salonu pieknosci, zeby zrobic sobie make-up, odpowiedni fryz i zalozyc sari, nas tez glupie pdkusilo, zeby tam pojsc i spedzilysmy prawie 4 godziny w salonie, ktory przemienil nas w jakies dziwne stwory:) wydaje mi sie, ze nie bylo warto bawic sie w to cale sari szalenstwo, ale coz, juz teraz wiem jak to wszystko wyglada...

dzisiaj wypozyczylysmy (ja, Bry i Sylwia) samochod z kierowca, zeby cos tam zwiedzic, ale udalo nam sie przez wspomniane wczesniej gigantyczne odleglosci zaliczyc tylko 4 obiekty + pizze hut:) ale ogolnie bylo calkiem fajnie, dopoki nie zrobilo sie ciemno i zimno (ciemno robi sie tu o 6stej)
jutro wyjezdzamy juz z Delhi, co bardzo nas cieszy, mamy juz kompletnie dosc tego miasta, wiec nie wiem jak dalej bedzie nam sie udawalo znajdowac kawiarenki internetowe... czeka nas jeszcze pozegnanie z rodzina Ajay'a, ktora bardzo dobrze nas ugoscila i pomagala we wszelkich problemach i trudnosciach, zwiazanych z funkcjonowaniem w tym szalonym miescie...

poniedziałek, 15 lutego 2010

kilka slow o Delhi

spedzilysmy w Delhi juz kilka dni, wiec czas cos napisac o tym miescie, bo bardzo rozni sie od wszelkich znanych mi miast...
po pierwsze jest ogromne, odleglosc miedzy polnocnym a poludniowym krancem wynosi az 40km, nie sposob w tak krotkim czasie polapac sie w organizacji miasta, wszedzie jest daleko, transport z miejsca na miejsce zajmuje nam najwiecej czasu ze wszystkich wykonywanych aktywnosci, dzisiaj np. prawie nic nie udalo nam sie zdzialac, bo wiekszosc zabytkow jest w poniedzialek zamknieta, a poza tym przemieszczanie sie to tutaj zabojca czasu:/
po drugie wszelkie zycie Delhi koncentruje sie na ulicy, jest cala masa wszelkich rodzajow pojazdow, sa riksze rowerowe i takie z motorkiem, rowery, samochody, ciezarowki, motory, autobusy, nawet traktory, i wszyscy ciagle sie gdzies spiesza, ruch jest lewostronny, nie ma przejsc dla pieszych ani swiatel, wiec na drogach panuje totalny chaos, przejscie pieszego na druga strone ulicy prawie graniczy z cudem, wszelkie pojazdy ciagle trabia, wiec jest strasznie glosno, trabienie to element kierowania pojazdem, uzywa sie go ciagle i wszedzie, przy wyprzedzaniau, skrecaniu, wjezdzaniu na skrzyzowanie, zblizaniu sie do innego wolniej jadacego pojazdu, istna masakra, Ajay mowil, ze podczas nauki jazdy samochodem tata rowniez mowil mu kiedy ma trabic, nie ma linii oddzielajacych poszczegolne pasy na drogach, wiec jedzie tyle pojazdow ile w danym momencie sie zmiesci, korki sa ciagle, nawet po 21, jedzilysmy juz rikszami obydwu typow, bo jest to najprostsza forma przemieszczania sie, ale towarzyszy jej ciagle targowanie sie o cene, ktora dla turystow zazwyczaj jest duzo wyzsza, autobusami jeszcze nie jezdzilysmy, bo to w Delhi niebezpieczne, moze sprobujemy w innym miescie, tu autobusy sa bardzo zatloczone, a poza tym nie maja drzwi i nie zawsze calkowicie zatrzymuja sie na przystankach, wiec trzeba wskakiwac i wyskakiwac w biegu...
na ulicy lub w jej poblizu mozna spotkac caly ogrom roznych uslugodawcow: sa kobiety prasujace ubrania, fryzjerzy i golibrody, pucybuty, uliczne kwiaciarnie, osoby farbujace ciuszki na kolor jaki sobie czlowiek zapragnie, second handowe ksiegarnie, no i rikszarze pragnacy za wszelka cene gdzies kogos pdwiesc; nie mozna tez zapomniec o ulicznych restauracjach, prosto z samochodu mozna zakupic cos do jedzenia, sa i osoby sprzedajace kokosy z odcietym wierzchem, z ktorych pije sie przez slomke mleczko kokosowe, spotkalysmy nawet kolesia, ktory zapropnowal, ze wyczysci nam uszy:D poza tym na drodze mozna spotkac slonia!!, swiete aczkowiek wychudzone krowy ('krowy tez klepia biede' - Bry), konie z jezdzcami albo ciagnace wozy, no i co bardziej nieprzyjemne - zebrakow oraz ich obozowiska znajdujace sie na poboczu, takie slumsy swego rodzaju, wieczorem palone sa tam ogniska...
ogolnie miasto jest przytlaczajace i raczej malo kto je lubi... ja tez nie - jest zdecydowanie za glosno i za tloczno:/ poza tym jest strasznie brudno, wszedzie panuje syf, smieci sie pod nogi, prosto na ulice...
wczorajsza impreza bardzo sie udala, wytanczylam sie, pojadlam, choc nadal ciezko mi sie przyzwyczaic do ostrosci ich potraw (dzisiaj zjadlysmy w macdonaldzie:D)... poza tym zauwazylysmy, ze indyjscy faceci zupelnie inaczej sie ruszaja od europejskich, kreca bioderkami lepiej niz my polskie dziewczyny:) a poza tym bardzo czesto zostaja sami na parkiecie, kobiety usuwaja sie w cien, a oni robia wszystko zeby sie pokazac i zwrocic na siebie uwage, kobitki nie sa im do tego za bardzo potrzebne, a muzyka indyjska jest swietna do imprezowania - idealnie nadaje sie do tanczenia, bo jest bardzo rytmiczna:) poza tym towarzyszy jej wiele roznych smiesznych tancow, wszyscy wykonuja podobne ruchy, ktorych nauczyc sie nie jest trudno:)
jeszcze taka jedna ciekawostka na zakonczenie bo za 10 minut zamykaja kawiarenke - w Indiach caly tydzien poprzedzajacy Walentynki jest tak jakby swiateczny - kazdy dzien wiaze sie z czyms innym - jest dzien pocaunkow, przytulania, wreczania prezentow... smiesznie tak:)

niedziela, 14 lutego 2010

dzien poszukiwan sari

jakos tak ciezko mi tu znalezc czas na blogowanie, wiec nie wiem jak to bedzie:/ a dzisiaj zapomnialam zabrac ze soba aparatu do kawiarenki internetowej, wiec fotek na razie nie bedzie, los ze mnie:/ dzisiaj wstalysmy pozno bo wczoraj o 4 wrocilismy z imprezy, czekalo na nas sniadanie na takim mini tarasie przed wejsciem do naszego apartamentu (albo raczej dwch pokoi z porozkladanymi materacami i lazienka), pierwszy raz jadlysmy cos slodkiego, taki ich chlebek ze slodka masa, to bylo pyszne:) jak do tej pory caly czas oswajalysmy sie z ostrym indyjskim jedzeniem:) potem pojechalysmy po Latike (siostre Ajay'a) ktora miala za zadanie pomoc nam wybrac sari, dozo czasu nam na to zeszlo, ale w koncu sie udalo, Elodi wziela taki inny inny ciuszek - spodnie i tunike, a cala reszta wybierala i przymierzala sari, wybor jest ogromny, ale ja jakos nie bardzo moglam sie w tym odnalezc, wszystko sie blyszczy i swieci, jejku to kompletnie nie moj styl, ale coz - w koncu wybralam czerwone sari ze zlotymi zdobieniami i nawet sie sobie w nim podobalam:) ogolnie kazda z nas ma innu kolor i inny wzor sari:) potem jeszcze bylo mierzenie nas i wybieranie kroju bluzki, ktora zaklada sie pod sari:) uszyte beda na wtorek - dzien wesela, ogolnie zakupy byly owocne, Latika wytargowala dla nas korzystne ceny, wiec spoko:)
po powrocie mialysmy miec robione zdobienia z henny na dloniach, jest taki zwyczaj ze kobiety w ten sposob przystrajaja dlonie przed weselem, ale okazalo sie ze pan juz sobie pojechal i na razie nici z henny...
o nie - musze juz konczyc, bo zaraz mamy imprezke, w zasadzie chyba juz sie zaczela, tutaj rozne przedweselne ceremonie zaczynaja sie juz na kilka dni przed weselem, no i dzisiaj jakas potancowka ma byc:)
godzina chyba nie bedzie sie zgadzac, wiec dla informacji mowie ze teraz jest juz po 9 wieczorem, 4.5 godziny pozniej niz u Was;)

środa, 10 lutego 2010

8 godzin przed...

o rany - zostało jeszcze tylko 8 godzin do wylotu, z tego na spanie jakieś 4, no i będzie to ostatnia noc w miłym ciepłym własnym łóżeczku, do którego wrócę dopiero za 20kilka dni, jakoś przeraża mnie opcja spania w różnych dziwnych miejscach z nie do końca miłymi współlokatorami w postaci karaluchów, pająków, szczurów i różnorakich owadów, ale to chyba tylko kwestia przyzwyczajenia, w każdym razie mam taką nadzieję...
męczy mnie teraz dużo przedwyjazdowych emocji - stres, strach przed nieznanym, smutek związany z rozstaniem z bliskimi (szczególnie z jednym takim Skarbkiem:*), radość z możliwości przeżycia przygody i oderwania się od codzienności, już sama nie wiem co z tego wszystkiego jest najsilniejsze, staram się skupić na tym, że jak mówi Aj, na którego wesele jedziemy, będzie FUN:) myślę, że ma rację;)
teraz chyba muszę się już do końca ogarnąć, jestem praktycznie spakowana, myślałam że gorzej mi to pójdzie, ale było całkiem okej, no i za niedługo już kładę się do ukochanego wyrka na 4-godzinną drzemkę:)

czwartek, 4 lutego 2010

tydzień przed wyjazdem

wszyscy wokół mają bloga, to i mi się zachciało takowego utworzyć, a jak:P zamierzam opisywać przeżycia i przygody z tripu do Indii, żeby wszystkie wspomnienia zachować, bo moja pamięć niestety bardzo szwankuje:(
dziś czwartek i już dokładnie za tydzień wyjeżdżamy, lot jest o 6.25 więc na lotnisku musimy być przed 5, jejku czemu to aż tak wcześnie rano? nie wiem jak wstanę, chociaż pewnie z wrażenia nawet nie będę mogła zasnąć...
jestem na etapie przygotowań, ale na szczęście najważniejsze sprawy już załatwione, wizę odebrałam w poniedziałek, wczoraj zakupiłam ubezpieczenie, a zaszczepić dałam się już jakiś czas temu, więc nawet nie jest tak źle, a no i pieniążki też już wymienione, zabieramy dolary i na miejscu wymieniamy je na indyjskie rupie.
zostało jeszcze pakowanie, co generalnie nie należy do moich ulubionych czynności, nawet jeśli dotyczy wyjazdu w Polskę na kilka dni, więc tego tym bardziej się obawiam, ale jakoś dam radę;)
w Delhi są 23 stopnie, więc zabieram tylko letnie ciuszki, tylko jak przetrwam drogę na lotnisko?:P zakupiłam nową ładowarkę i akumulatorki do aparatu, jeszcze tylko kilkugigowa karta by się przydała, tworzę listę rzeczy do spakowania, żeby na pewno niczego nie zapomnieć, ale tak na prawdę w Indiach jest bardzo tanio, więc jakieś brakujące elementy garderoby raczej z łatwością będzie można tam kupić, no i koniecznie sari, co by bardziej indyjsko wyglądać:D to ważne, bo my tam na wesele jedziemy więc nie chcemy za bardzo się odróżniać od innych gości, wyskakując w europejskich sukienkach;)
coraz bardziej cieszę się na ten wyjazd, chyba minął już etap 'nie chce mi się' i pozostało podekscytowanie i ciekawość 'jak to będzie':)
a i jeszcze jedno - Marta stwierdziła, że chyba mam najjaśniejsze włosy z całej naszej wyjazdowej szóstki, więc będę mieć duże powodzenie, ale nie powiem, żeby ta wiadomość jakoś specjalnie mnie ucieszyła...