piątek, 26 lutego 2010

w koncu na Goa

cala 31-godzinna podroz pociagiem minela calkiem przyjemnie i zakonczyla sie wczoraj okolo 19.20, odwalac zaczelo mi dopiero na 4h przed koncem, wiec spoko:) dziewczynom udawalo sie spac, a mi oczywiscie nie, ale to juz taki szczegol, sluchalysmy muzyki, czytalysmy, gadalysmy, bawilysmy sie, z glodu nie umarlysmy, ciagle donosili jakies jedzenie, co chwila z ust 'kelnerow' przechadzajacych sie po korytarzu slychac bylo: czai? kofi? poza tym mozna bylo zamowic sniadanie, lunch i obiad, nam w sumie wystarczyl wieczorny ryz z warzywami (srednio dobry) i cos na sniadanie, drugiego dnia wzielysmy na deser takie dobre slodkie banany zapieczone w ciescie; na kazdej stacji wchodzili tez ludzie z roznorakimi dobrami: zimnymi napojami, jakimis owocami (kupilysmy od milej pani takie male, ale super slodkie banany:), ponadto sprzedawali tez jakies pierdolki jak zabawki, tandetna bizuterie, latarki, plyty z muzyka itp., z tej oferty juz jednak nie skorzystalysmy:)
z dworca w miescie Margao wzielysmy taksowke do oddalonej o 4km miejscowosci turystycznej Benaulim, gdzie mialysmy zarezerwowana miejscowke, okazalo sie ze sa to bardzo fajne domki z bambusa:) umiejscowione na plazy okolo 30 metrow od brzegu Morza Arabskiego, drozej niz myslalysmy, ale postanowilysmy zostac, bo bylo juz za pozno na szukanie czegos lepszego, poza tym bylysmy zachwycone, po przyjezdzie zjadlysmy pyszny obiad, a wlasciwie kolacje (przy naszych chatkach jest tez knajpa na plazy) i wybralysmy sie jeszcze na krotki nocny spacer:) spalo mi sie bardzo dobrze, swietne uczucie usypiac slyszac uderzanie fal o brzeg, a nie trabienie samochodow i riksz... co za odmiana i ulga:)
rano wstalysmy o 8, bo o 8.30 bylysmy umowione na podgladanie delfinow, to taka tutejsza atrakcja, zabralo nas na motorowke dwoch kolesi, widzialysmy delfiny ale niestety nie w calej okazalosci, skakac nie chcialy, wiec mozna bylo zobaczyc tylko ich wynurzajace sie grzbiety:) potem zjadlysmy sniadanie i poszlysmy wylegiwac sie na plazy, ja oczywiscie od razu pobieglam do morza, bo woda to moj zywiol, a tu jest taka ciepla, ze szok, nigdy wczesniej nie kompalam sie w tak cieplej wodzie w naturalnym zbiorniku, sa duuze fale, wiec mozna skakac, cudnie:) przeszlysmy sie tez brzegiem, co zakonczylo sie kiepsko, bo troche za mocno sie opalilysmy, mimo uzywania kremow, ja mam okropnie rozowa twarz, a smaruje sie ciagle filtrem:/ zdecydowalysmy sie tez na krotki lot z jakims dziwnym skrzydlem w dwojkach (a wlasciwie w trojkach, bo lecial tez z nami jakis chlopak, ktory to obslugiwal) za motorowka:) w planie byl tez element zanurzenia w wodzie, bylo bardzo fajnie, ale w mojej turze bylo duzo mniejsze zanurzenie, co bardzo mnie rozczarowalo, fajne widoczki z gory, ale trwalo to zaledwie 2-3 minuty, wiec troche za krotko...
jeszcze nie wiemy co dzialamy dalej, trudno podjac decyzje jak kazdy ma jakies swoje preferencje, jedyne co wiem na pewno to to, ze dzis jeszcze spimy w chatkach z bambusa, a jutro lenimy sie na plazy, albo gdzies wybywamy, mam nadzieje, ze wygra ta druga opcja, choc znajac moje wspoltowarzyszki to pewnie ta pierwsza...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz