wczoraj bylo wesele, powod calego zamieszania zwiazanego z wyjazdem do Indii, musze przyznac, ze mocno mnie ono rozczarowalo, myslalam, ze to na serio bedzie COS, a okazalo sie byc impreza duzo mniej fajna niz pozostale przedweselne ceremonie, nie bylo nawet muzyki i tancow, tylko na poczatku (po 2 godzinach jazdy w korku do miejsca gdzie odbywaja sie wesela - tego dnia w samym Delhi bylo okolo 30 tys. wesel, bo to jakis szczegolny dzien dla nich byl) byl taki jakby mini orszak, pan mlody szedl na koniu a my podrygiwalismy obok niego w rytm muzyki wygrywanej na bebnach, a potem jak dotarlismy do inchniejszego domu weselnego, czyli takiego ogrodu otoczonego konstrukcja przypominajaca palac, zabawa sie skonczyla, a zaczely ceregiele zwiazane z oczekiwaniem na panne mloda, ktorej do tej pory nie wiedzielismy, cykaniem pozowanych fotek, skladaniem zyczen oraz kwestaimi reigijnymi, byl tez taki podest, ktory sie krecil - panstwo mlodzi stali razem i szczerzyli sie do zdjec, a z armatek wystrzeliwaly ususzone kwiatki, taka sciema, zalamalam sie tym troche, taki jakby przerost formy nad trescia, w miedzycasie goscie jedli, pili i zamarzali, wiecie jak ciezko jest wytrzymac w nocy w samym sari na wolnym powietrzu? myslalam, ze chociaz bedziemy tanczyc i to nas rozgrzeje, ale niestety tak sie nie stalo, masakra, potem zalozylysmy bluzy i wygladalysmy obciachowo... dwie wczesniejsze imprezki na serio byly fajne, mozna bylo dobrze sie bawic, a na weselu niestety nie, wczoraj rano byla jeszcze taka ceremonia w domu Ajay'a z jakims tam ich ksiedzem, kazdy np. wmasowywal jakis tluszcz we wlosy pana mlodego oraz dostawal blogoslawienstwo w postaci czerwonej plamki na czole i wstazeczki na reke od tego ich duchownego, byly modliwtwy, spiewy, a na koniec zdzieranie ciuchow i smarowanie Ajay'a jakas dziwna zolta masa, smiesznie po tym wszystkim wygladal:)
bardzo fajne jest to, ze tu kobiety slicznie wygladaja w swoich tradycyjnych strojach - sari, suitach (spodnie i tunika) albo lengach (dluga spodnica i krotka bluzka), nosza je nie tylo od swieta, ale tez w normalne dni, a niektorzy faceci nawet na wesele zjawili sie w jeansach; poza tym przed weselem kobiety udaja sie do salonu pieknosci, zeby zrobic sobie make-up, odpowiedni fryz i zalozyc sari, nas tez glupie pdkusilo, zeby tam pojsc i spedzilysmy prawie 4 godziny w salonie, ktory przemienil nas w jakies dziwne stwory:) wydaje mi sie, ze nie bylo warto bawic sie w to cale sari szalenstwo, ale coz, juz teraz wiem jak to wszystko wyglada...
dzisiaj wypozyczylysmy (ja, Bry i Sylwia) samochod z kierowca, zeby cos tam zwiedzic, ale udalo nam sie przez wspomniane wczesniej gigantyczne odleglosci zaliczyc tylko 4 obiekty + pizze hut:) ale ogolnie bylo calkiem fajnie, dopoki nie zrobilo sie ciemno i zimno (ciemno robi sie tu o 6stej)
jutro wyjezdzamy juz z Delhi, co bardzo nas cieszy, mamy juz kompletnie dosc tego miasta, wiec nie wiem jak dalej bedzie nam sie udawalo znajdowac kawiarenki internetowe... czeka nas jeszcze pozegnanie z rodzina Ajay'a, ktora bardzo dobrze nas ugoscila i pomagala we wszelkich problemach i trudnosciach, zwiazanych z funkcjonowaniem w tym szalonym miescie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz