piątek, 19 lutego 2010

w Jodhpurze

dzis bedzie krotko bo usypiam nad klawiatura po ostatniej nocy spedzonej w pociagu, nie udalo mi sie zasnac, jak to zwykle ze mna bywa w ciezkich warunkach, mielismy wczoraj rano wyjechac z Delhi, ale nie bylo juz miejsc w pociagu, wiec zostalysmy zmuszone wybrac pociag nocny, calkiem wygodnie bylo, ale zdecydowanie za glosno, a potem tez troche za zimno, zeby normalnie spac, a pociag byl chyba z 5 razy dluzszy niz nasze pociagi, nie moglysmy znalezc naszego przedzialu, a pociag wrecz sie nie konczyl... po 12-godzinnej podrozy wyladowalysmy w Jodhpurze, szybko znalazlysmy wybrany wczesniej na nocleg dom z pokojami goscinnymi (prowadzi bardzo mila rodzinka, wiec bardzo tu sympatycznie, ciesze sie, ze udalo sie nam znalezc tak przyjazne miejsce, a do tego bez karaluchow i z ciepla woda:), gdzie postanowilysmy 3 godziny odpoczac przed wyruszeniem na miasto, z dachu domu, gdzie znajduje sie restauracja (prowadzona przez rodzinke), rozciaga sie wspanialy widok na okolice, wiekszosc domkow jest niebieskich i dlatego Jodhpur nazywany jest 'blue city', a nad calym miastem goruje potezny fort:) po odpoczynku postanowilysmy udac sie na miasto, zeby zjesc pozne sniadanie, szukanie knajpy wybranej przez Marte zajelo nam 2 godziny, wiec spoznilysmy sie na zwiedzanie fortu, z tego wzgledu musimy jutro pojechac do niego jeszcze raz, wieczorem mamy natomiast pociag do Jaipur'u gdzie zostajemy tylko na jeden dzien i pol nocy:) gdyby nie udalo mi sie pozniej napisac to informuje, ze nad ranem dnia kolejnego wyruszamy do Agry...
myslalysmy, ze jako ze Jodhpur jest miastem duzo mniejszym od Delhi, bedzie tu ciszej i spokojniej, ale to chyba w Indiach jest niemozliwe, tu rowniez jest glosno, tloczno i biednie, a na drogach panuja te same zasady co w Delhi, z tym ze sa one duzo wezsze, ledwo moga tu sie minac 2 riksze z motorkiem (ktore nazywa sie 'oto'), podczas gdy w Delhi w jedna strone bylo z 5 albo 6 pasow, tutaj jest tak ciasno, ze samochody sie nie pchaja, widzialam ich tutaj moze ze 3, za to rikszy i rowerow jest na peczki... jest mnostwo krow walesajacych sie wszedzie (przez to tez mnostwo gowien na drogach), jedna nawet probowala ugryzc Elodie:/ widzialysmy tez ze 3 wielblady:)
a jak juz o camelach mowa, to mialam wczoraj zaszczyt jeszcze w Delhi odbyc przejazdzke na jednym z nich:D a to dzieki jednemu kolesiowi, ktory nam duzo tam pomagal - czekajac na jedzenie od mamy Ajay'a, ktore chciala nam wcisnac na droge, zobaczylismy wielblada na sasiedniej ulicy, wiec ten Vicky, gdy tylko spostrzegl, ze chcialybysmy sie przejechac, pobiegl i wrocil z wielbladem:D przejazdzka byla krotka (bo spieszylysmy sie na pociag) ale fajowa, szczegolnie wstawanie i siadanie wielblada, on jest taki wysoki, ze to na serio jest cos:)
jednak wyszlo dluzej niz myslalam:) wiec juz ostatnie slowo - tu jest tak goraco, chyba wroce opalona:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz