sobota, 6 marca 2010

bombajskie zakonczenie

wczoraj nad ranem zajechalysmy do Bombaju, podroz minela bez wiekszych komplikacji, usilowalysmy spac, ale o 3 nad ranem jakims ludziom zachcialo sie glosno gadac, co mocno nas wkurzylo, wiec raczej nie za bardzo sie wyspalysmy; mimo to po zameldowaniu w dosc obskurnym hotelu Travellers Inn, postanowilysmy ruszyc na miasto w celu sniadaniowym, a nastepnie krajoznawczym:) ogolnie Bombaj jest miastem duzo bardziej przyjaznym (przynajmniej jak dla mnie) niz pozostale, ktore odwiedzilysmy w Indiach, kierowcy troche rzadziej uzywaja klaksonow, ale nadal zawsze maja pierwszenstwo przed pieszymi, jest duzo czysciej, gdzieniegdzie pojawiaja sie nawet smietniki, a smieci z chodnikow sa usuwane, jest mniej krow walesajacych sie pod nogami, ludzi jest ponad czterokrotnie wiecej niz w Delhi, wiec z tym kiepsko, ale sa troche mniej natarczywi, mniej jest tez zebrakow (przynajmniej w centrum), nie ma riksz (moze i sa gdzies, ale w centrumie sie z nimi nie spotkalysmy), a autobusy sa bardziej przyjazne turystom, w Delhi balysmy sie wsiasc, bo byly zbyt zatloczone, a tu nawet mozna usiasc i jest calkiem milo, odleglosci sa mniejsze, wiec da rade cos pozwiedzac, a ponadto niekiedy mozna poczuc sie troche jak w Londynie, architektura jest brytyjska, sa tez czerone autobusy (niektore nawet pietrowe) i ciemne taksowki (jakies stare, klimatyczne fiaty)...
dzisiaj poplynelysmy statkiem na wyspe Elephanta (godzinny rejs), zeby zobaczyc znajdujace sie tam ruiny swiatyn hinduistycznych ukrytych w skalach, ktore sa wpisane na liste UNESCO, ale nie powiem, zeby zrobily one na nas jakies szczegolne wrazenie, choc wycieczka byla fajna...
niedlugo zbieramy sie juz do wyjazdu, na lotnisko jedziemy pociagiem, a potem przesiadamy sie w taksowke albo riksze (jesli takowa spotkamy), a o 1.30 w nocy mamy juz lot:) najpierw do Zurichu, a potem do Warszawy (tylko godzina na przesiadke, mam nadzieje ze sie wyrobimy:) o 9.15 mamy byc w Warszawie, komitet powitalny mile widziany;)
ciesze sie, ze juz wracam, Bombaj jest fajny, ale jakies dziwne problemy zoladkowe trafily wiekszosc z nas na zakonczenie, co prawda niewielkie, ale mamy juz dosc i kazda marzy o normalnym polskim jedzeniu:) a w dzielnicy, w ktorej mieszkalysmy tak smierdzi jedzeniem indyjskim na ulicach, ze jak tu chodze to mi sie niedobrze robi, na serio jest to niekiedy meczace, szczegolnie wtedy kiedy z zaladkiem nie wszystko w porzadku...
no to w takim razie do zobaczenia juz niedlugo!

środa, 3 marca 2010

Old Goa i autobusy

Old Goa okazala sie nie byc taka rewelacja jakiej sie spodziewalam, jest to male miasteczko, w ktorym znajduje sie kilkanascie kosciolow katolickich (takich raczej typowo europejskich - pozostalosc po portugalskiej kolonizacji) ladnych z zewnatrz, ale niezbyt ciekawych w srodku, obejrzalysmy dzis kilka, bo na wszystkie nie mialysmy sily, upal nas wymeczyl, ciezko sie zwiedza jak jest tak goraco... za to zaliczylysmy podroz autobusami z dwoma przesiadkami, czyli lacznie w dwie strony 6 autobusow:) ale ogolnie to smieszna opcja z nimi jest, sa bardzo czesto, wiec praktycznie ani razu nie musialysmy czekac, zwykle sa przepelnione, ale raczej udawalo nam sie zalapac na wolne miejsca siedzace, w kazdym autobusie jest kierowca i koles, ktory zajmuje sie zbieraniem kasy za przejazd, on tez krzyczy nazwe destynacji (jak wracalysmy w niedziele z kosciola to chyba ze sto razy uslyszalysmy nazwe Culva, Culva, Culva), zeby zwolac jak najwiecej osob, w jednym przypadku chyba ze 4 takich kolesi krzyczalo do nas, zebysmy wybraly ich autobus, czulysmy sie co najmniej dziwnie w calej tej sytuacji... calkiem przyjemnie jezdzi sie autobusami, wszystkie okna sa pootwierane, wiec nawet nie jest jakos bardzo goraco, a przy okazji mozna podziwiac widoki:) ten koles od biletow zajmuje sie tez otwieraniem i zamykaniem drzwi jak ktos chce wejsc albo wyjsc oraz gwizdze do kierowcy przekazujac mu w ten sposob czy ma jechac czy stac, fajny sposob komunikowania:)
a poza tym coraz bardziej denerwuja mnie uliczni sprzedawcy, mam juz dosc stwierdzenia 'I give you good price, madam', oni nie sa w stanie zrozumiec, ze jak nie potrzebuje np. malego bebenka albo spodni czy naszyjnika, to nawet za 'good price' tego nie kupie, ciagle cos proponuja, masakra jakas z tymi straganami, a tutaj w Anjunie dodatkowo mozna uslyszec szepty: marihuana...? heroine...? to jest taka wioska z roznymi dziwnymi osobistosciami, turystami pijacymi, palacymi, cpajacymi... no i jest cala masa Rosjan, wiec czesc ulicznych sprzedawcow zwraca sie do nas po rosyjsku, myslac ze my tez Rosjanki ('takie podobne')...
no a jutro jedziemy juz do Bombaju, pociag mamy o 19, ale stad wyruszamy okolo 16 (2 autobusy, jedna przesiadka), chcemy byc wczesniej, zeby na pewno zdazyc i jeszcze cos zjesc przed podroza, znow pociag nocny, ale na szczescie to tylko 11 godzin:)

wtorek, 2 marca 2010

goraco...

jednak znowu sie rozdzielilysmy, a to dlatego, ze w pokoju nad nami byla w nocy impreza, wiec nie moglysmy spac, no i zrezygnowalysmy z porannego wyjazdu do Old Goa, Ola z Elodie pojechaly, a my jedziemy jutro, dzisiaj przenioslysmy sie tez do tego pokoju na gorze, bo zwolnil sie i jest ladniejszy, jasniejszy i materace nie sa az tak bardzo twarde:)
po sniadaniu wybralysmy sie na plaze, zeby sie troche ochlodzic, bo tu jest tak starsznie goraco, ze czasami nie da sie wytrzymac, wykapalysmy sie, a potem poszlam z Sylwia na penetracje plazy i dalszych terenow, doszlysmy do takiego miejsca, gdzie byly super skaly, nikt juz tam nie chodzi, ale bylo fajowo, byly tylko takie panie, ktore stukaly w jakies zyjatka ukryte w skalach i je wydlubywaly, zeby potem zjesc, ktos wie co to jest? ja od wczoraj chodzilam z zamiarem zdobycia pagorka, ktory znajdowal sie po lewej stronie od plazy (zadna z dziewczyn nie chciala mi towarzyszyc:/), no i dzis sie udalo, chwilami zalowalam, ze nie mam zakrtych butow tylko sandaly, ale ostatecznie zdobylam szczyt:D i to bez zadnych obrazen;) mialam swietne widoki i udane wedrowanie w samotnosci:) chyba kazda z nas potrzebuje juz czasem takich chwil w odosobnieniu...
potem poszlysmy z Sylwia i Bry na kawe frape, ktora okazala sie byc zimnym mlekiem z odrobina kawy i duza iloscia cukru, srednio mi podpasowala, ale przynajmniej knajpka byla mila z fajnym widokiem na morze i zachodzace slonce:)
no a wieczorem spotkalysmy sie wszystkie, zeby cos zjesc, gralysmy tez w bilard, nadal kiepsko nam idzie, ale usilnie probujemy zrobic postepy:)
dzisiaj jeszcze po raz pierwszy spotkalam sie z moimi ulubionymi mentosami pakowanymi pojedynczo, w Indiach maja mini wersje wszystkich produktow, ktorych w Polsce nigdy nie widzialam, popularna jest np. woda pakowana w takie male kubeczki...
dowiedzialam sie tez, ze krowy jedza skorki od bananow, one tu chyba wszystko sa w stanie zjesc, rzucilysmy takiej jednej krowce takowe skorki, zeby sie od nas odczepila i zjadla ze smakiem:)

poniedziałek, 1 marca 2010

w dniu Holi

caly czas smarujemy sie jeszcze kremem po opalaniu, bo kazda z nas troche podpiekla sobie skore, jakos nie przyszlo nam do glowy, ze slonce niedaleko rownika inaczej dziala niz to w okolicach Europy, od naszego pierwszego dnia na plazy raczej unikamy zwiekszonego kontaktu ze sloncem...
sporo sie wydarzylo od mojej ostatniej notki, tamtego wieczoru po powrocie do naszej miejscowki na plazy zjadlysmy cos i poszlysmy kilka metrow dalej na koncert (rock w wersji indyjskiej:), klimatycznie bylo, calkiem fajna muzyka grali, niektore nawet znane nam kawalki, towarzyszyly temu tez swietne fajerwerki tuz za scena, jedne z lepszych jakie mialam okazje zobaczyc w zyciu, po koncercie zaliczylysmy jeszcze kapiel nago w morzu, po zmroku oczywiscie:P bylo cudnie...
nastepnego dnia nie robilysmy praktycznie nic, lenilysmy sie, odpoczywalysmy od slonca, leczylysmy skore... wybralysmy sie do informacji turystycznej, zeby dowiedziec sie paru rzeczy, ale oczywiscie sie nie udalo, bo kobitki tam pracujace nie byly zbyt kumate, mialysmy jechac po bilety do miejscowosci gdzie jest dworzec, ale zrobilo sie za pozno i z tego tez nic nie wyszlo, za to wieczorem gralysmy z kolesiami pracujacymi w knajpie przy naszych chatkach w bilard:) kiepsko nam to szlo, ale coz, moze kiedys sie nauczymy...
natomiast wczoraj musialysmy wczesnie wstac bo umowilysmy sie z taksowkarzem Charliem, ze zabierze nas na wycieczke:) pokazal nam jakies dwie hinduskie swiatynie, potem zaliczylysmy krotkie przejazdzki na sloniach (bardzo mi sie podobalo, bo tak przyjemnie sie czlowiek buja na ogromniastym sloniu:) a nastepnie wizyte w plantacji przypraw, mialysmy tam okazje dowiedziec sie jak wygladaja krzaczki i drzewa, na ktorych rosna okreslone przyprawy, a takze poznac ich zastosowanie (za duzo juz nie pamietam, ale ciekawe to bylo:) po tym byl lunch (a dla nas sniadanie) wliczony w cene zwiedzania, najadlam sie na caly dzien, pyszne indysjkie jedzenie, nawet nie za bardzo ostre, po powrocie na 'nasza' plaze wypilsmy kawowe szejki i pobieglysmy do wody:) potem zabralysmy bagaze, bo musialysmy zmienic miejscowke na tansza w tej samej miejscowosci (fundusze sie koncza;), a na po poludniu wybralam sie z Ola i Bry autobusem do Margao na msze, fajnie bylo, mimo ze prawie nic nie rozumialysmy, podobalo mi sie to, ze wszyscy spiewali i byl klimat ('jak na polskim weselu' - Bry, calkiem miala racje, bo melodie tych piesni jakies takie skoczne byly:)
wieczorem gralysmy jeszcze w bilard w knajpie naszej plazowej:) bo mimo, ze sie stamtad wymeldowalysmy to koles zaprosil nas na wieczor, bo wlasnie byl taki kelner, ktory sie z nami zakumplowal, mial imie zblizone w brzmieniu do 'szynka', wiec tak go miedzy soba nazywamy:) fajnie miec jakas taka blizsza osoba w obcym miejscu, pomagal nam w organizacji roznych rzeczy, ciekawie sie z nim gadalo o kwestiach indyjskich i ogolnie jego obecnosc sprawila, ze poczylysmy sie tam w Blue Corner (nazwa miejscowki z bambusowymi chatkami) troche bardziej jak w domu:) tym bardziej dziwnie nam bylo opuszczac to miejsce i tym milej przyjsc znow wieczorem na kolacje i bilard:) potem sie pozegnalysmy z szynka i dzis juz opuscilysmy tamta wioske...
teraz jestesmy w Anjunie, aby tu dojechac wzielysmy taxi (tu czesto bierze sie taksowke nawet na dalekie odleglosci, bo ciezko dostac sie gdzies autobusami - za duzo przesiadek), mily koles zawiozl nas najpierw na stacje i godzine czekal, az zakupimy bilety na pociag do Mumbaju, a potem do Anjuny, tu mialysmy zarezerwowane miejsce (przez znajomego tego Vickiego, ktory zalatwil nam przejazdzke na wielbladzie jeszcze w Delhi), ktore nie podobalo sie Elodie i Oli, nam tez nie bardzo, ale da sie przezyc... wiec po raz pierwszy sie rozdzielilysmy, ale spotkalysmy na plazy, a potem wieczorem, wiec spoko - kontakt mamy:) jutro razem jedziemy do Old Goa na zwiedzanie miejscowosci z portugalska architektura...
a dzisiaj w polnocnych Indiach i na Goa odbywalo sie swieto o nazwie Holi, ktore przypomina troche nasz Smingus Dyngus, z ta roznica, ze tu wszyscy obsypuja sie kolorowymi pudrami, a nie oblewaja woda, wiec my tez postanowlismy przejsc sie ulica i zalapalysmy sie na atak, po ktorym wygladalysmy cudnie, ale troche ciezko bylo sie domyc:) postanowilysmy umyc sie w morzu, troche sie udalo, ale ogolnie tu nie ma takiej ladnej plazy jak w Benaulim, prawie cala jest kamienista, z trudem znalazlysmy miejsce, w ktorym bylo piaszczyste dno, a nie kamienie...

piątek, 26 lutego 2010

w koncu na Goa

cala 31-godzinna podroz pociagiem minela calkiem przyjemnie i zakonczyla sie wczoraj okolo 19.20, odwalac zaczelo mi dopiero na 4h przed koncem, wiec spoko:) dziewczynom udawalo sie spac, a mi oczywiscie nie, ale to juz taki szczegol, sluchalysmy muzyki, czytalysmy, gadalysmy, bawilysmy sie, z glodu nie umarlysmy, ciagle donosili jakies jedzenie, co chwila z ust 'kelnerow' przechadzajacych sie po korytarzu slychac bylo: czai? kofi? poza tym mozna bylo zamowic sniadanie, lunch i obiad, nam w sumie wystarczyl wieczorny ryz z warzywami (srednio dobry) i cos na sniadanie, drugiego dnia wzielysmy na deser takie dobre slodkie banany zapieczone w ciescie; na kazdej stacji wchodzili tez ludzie z roznorakimi dobrami: zimnymi napojami, jakimis owocami (kupilysmy od milej pani takie male, ale super slodkie banany:), ponadto sprzedawali tez jakies pierdolki jak zabawki, tandetna bizuterie, latarki, plyty z muzyka itp., z tej oferty juz jednak nie skorzystalysmy:)
z dworca w miescie Margao wzielysmy taksowke do oddalonej o 4km miejscowosci turystycznej Benaulim, gdzie mialysmy zarezerwowana miejscowke, okazalo sie ze sa to bardzo fajne domki z bambusa:) umiejscowione na plazy okolo 30 metrow od brzegu Morza Arabskiego, drozej niz myslalysmy, ale postanowilysmy zostac, bo bylo juz za pozno na szukanie czegos lepszego, poza tym bylysmy zachwycone, po przyjezdzie zjadlysmy pyszny obiad, a wlasciwie kolacje (przy naszych chatkach jest tez knajpa na plazy) i wybralysmy sie jeszcze na krotki nocny spacer:) spalo mi sie bardzo dobrze, swietne uczucie usypiac slyszac uderzanie fal o brzeg, a nie trabienie samochodow i riksz... co za odmiana i ulga:)
rano wstalysmy o 8, bo o 8.30 bylysmy umowione na podgladanie delfinow, to taka tutejsza atrakcja, zabralo nas na motorowke dwoch kolesi, widzialysmy delfiny ale niestety nie w calej okazalosci, skakac nie chcialy, wiec mozna bylo zobaczyc tylko ich wynurzajace sie grzbiety:) potem zjadlysmy sniadanie i poszlysmy wylegiwac sie na plazy, ja oczywiscie od razu pobieglam do morza, bo woda to moj zywiol, a tu jest taka ciepla, ze szok, nigdy wczesniej nie kompalam sie w tak cieplej wodzie w naturalnym zbiorniku, sa duuze fale, wiec mozna skakac, cudnie:) przeszlysmy sie tez brzegiem, co zakonczylo sie kiepsko, bo troche za mocno sie opalilysmy, mimo uzywania kremow, ja mam okropnie rozowa twarz, a smaruje sie ciagle filtrem:/ zdecydowalysmy sie tez na krotki lot z jakims dziwnym skrzydlem w dwojkach (a wlasciwie w trojkach, bo lecial tez z nami jakis chlopak, ktory to obslugiwal) za motorowka:) w planie byl tez element zanurzenia w wodzie, bylo bardzo fajnie, ale w mojej turze bylo duzo mniejsze zanurzenie, co bardzo mnie rozczarowalo, fajne widoczki z gory, ale trwalo to zaledwie 2-3 minuty, wiec troche za krotko...
jeszcze nie wiemy co dzialamy dalej, trudno podjac decyzje jak kazdy ma jakies swoje preferencje, jedyne co wiem na pewno to to, ze dzis jeszcze spimy w chatkach z bambusa, a jutro lenimy sie na plazy, albo gdzies wybywamy, mam nadzieje, ze wygra ta druga opcja, choc znajac moje wspoltowarzyszki to pewnie ta pierwsza...

wtorek, 23 lutego 2010

'be positive'

oto motto dzisiejszego dnia:) uslyszalysmy to chyba z milion razy siedzac 2 godziny z przerwami w sklepie vodafon'u, 2 dni temu zakupilysmy karte sim z nowym numerem, ktory do tej pory nie dziala, no i nikt chyba nie jest w stanie wplynac na to, zeby byl aktywny, moze jutro zacznie dzialac - be positive! a poza tym po raz kolejny okazalysmy sie najwieksza atrakcja turystyczna, tym razem w czerwonym forcie, nadal kazdy chce sobie z nami robic zdjecia, wiec Bry poszla w ich slady odpowiadajac '50 rupies':D no bo tu kazdy chce Ci wcisnac cos co jest bardzo tanie, ale nam totalnie niepotrzebne i idac ulica ciagle slyszysz 20, 30 rupies za jakis totalny bzdet, no i my od dzis pozujemy tez tylko za rupie:) czerwony fort bez rewelacji, ale przynajmniej bylo cicho, spokojnie i bez trabiacych pojazdow, ogolnie jakos w Agrze bardziej mi sie podoba niz w tych pozostalych miastach, rikszarze jezdza wolniej i jakos da sie przejsc przez ulice:)
zrobilysmy sobie dzisiaj dzien amerykanski - poszlysmy do pizza hut, a potem do costa caffee:) tutaj w normalnych knajpach nie ma dobrej kawy, a mialam ogromna ochote na taka pyszna z ekspresu, no i udalo sie w koncu, raz na miesiac mozna sobie pozwolic na taki luksus:) bo takie globalne restauracje sa tu duzo drozsze niz indyjskie...
jutro czeka nas dluuga podroz pociagiem i za bardzo nie wiemy jak sie do niej przygotowac, bo tu nie ma normalnych superkmarketow, nie mozemy kupic pieczywa, wiec nie wiem co bedziemy jesc w trakcie podrozy, trzeba bedzie chyba przezyc na ciastkach, chyba ze uda sie znalezc banany... Marta juz zarezerwowala chatke na plazy na pierwsza noc po przyjezdzie, wiec mam nadzieje, ze tym razem obejdzie sie bez problemow:)

poniedziałek, 22 lutego 2010

fotkowe szalenstwo

nie wiem czy uda mi sie polubic Indie, tutaj nic nie da sie normalnie zalatwic, trzeba miec kontakty i kupe czasu na kazda blahostke, to jest strasznie denerwujace, to tylko taki wstep, rozwiniecia nie bedzie...
dzisiaj rano zajechalysmy do Agry, miasta nieodlacznie kojarzonego z symbolem Indii Taj Mahal, po drodze bylo pare problemow, ale nie chce mi sie juz o tym pisac, w kazdym razie wybralysmy sie w koncu na zwiedzanie mauzoleum, a tam istne szalenstwo, owszem budowla budzi podziw i nie mozna zaprzeczyc, ze jest piekna, ale wkurzajace jest to ze jedynym celem odwiedzania takich miejsc wydaje sie byc cykanie tysiaca fotek (a w necie i tak mozna znalezc lepsze, zrobione przez profesjonalnych fotografow), mi po kilku juz sie odechcialo, ale przed zachodem slonca jakis koles zaczal mi pokazywac punkty, w ktorym trzeba stanac zeby zrobic najlepsze ujecia, wiec zdjec przybylo, kazda z nas zrobila ich mnostwo, ale i tak mniej niz reszta ludzi dookola (ktorzy uwielbiaja ujecia, na ktorych udaja ze dotykaja czubka Taj'a), potem nam jeszcze odwalilo i zaczelysmy widziwiac, skakac, zeby zaslonic troche Taj'a i urozmaicic zdjecia, postanowilam tez umiescic na pierwszym planie jednej fotki smietnik, ogolnie bylo uroczo:) do calego tego szalenstwa trzeba jeszcze dodac dziwne zachowalnie tubylcow, dla ktorych bylysmy chyba wieksza atrakcja niz ich przyjaciel Taj i chcieli robic sobie z nami mnostwo zdjec, po kilku takich sesjach juz mialysmy kompletnie dosc i zaczelysmy ich przepedzac jak tylko sie dalo... ogolnie caly ten Taj Mahal na serio ladnie sie prezentuje, ale nie czaje czemu sciagaja za jego odwiedzenie az 750 rupii, podczas gdy inne atrakcje nie sa drozsze niz 250:/
jutro tez siedzimy w Agrze, bo nie udalo nam sie zabukowac na jutro biletu na dalsza podroz, dopiero pojutrze rano wyjezdzamy na poludnie (jakies 2h zajelo nam zarezerwowanie 6 lezacych miejsc potwierdzonych na 30-godzinna podroz)
z Jodhpur'u do Jaipur'u mialysmy kiepska podroz, bo dostalysmy po jednym miejscu lezacym na dwie osoby, wiec za bardzo spac sie nie dalo, poza tym bylo mnostwo ludzi, wiec niezbyt przyjemnie pachnialo, w samym Jaipurze tez nic ciekawego sie nie zdarzylo, jakis kiepski ogolnie ten dzien i miasto tez nie za bardzo interesujace, tyle ze dla odmiany nazywane jest 'rozowym miastem', chociaz jak dla mnie to ono bardziej pomaranczowe jest, ale to juz ich sprawa jak nazywaja swoje miasta:) ale przynajmniej fajny hotel udalo nam sie znalezc, rowniez z knajpa na dachu:) (z perspektywy dachu na chwile sie zapomina o 'urokach' miast Indii i mozna sie poczuc jak we Wloszech albo Grecji:)
a z ciekawych obrazkow - widzialam dzis krowe wkladajaca glowe do takiej otwartej z jednej strony kawiarenki internetowej:) i indyjska rodzinke w centrum handlowym bojaca sie wejsc na schody ruchome:)